|
|
1981: KOPALNIA WUJEK - POZNAJ
PRAWDZIWĄ HISTORIĘ
Dzięki współpracy z "Dziennikiem Zachodnim"
codziennie na tej stronie prezentujemy teksty dziennikarzy tej gazety
wybrane specjalnie do albumu o pacyfikacji kopalni "Wujek".
Ranni czekali
Gdy wzmógł się ruch samochodów w kierunku kopalni "Wujek"
i słychać było wystrzały, pani doktor Urszula Wenda krzyknęła to
sanitariuszki, Anny Pieckoskiej: "Ania, idziemy!" Przeczuwała,
że to się może źle skończyć. Karetką pogotowia podjechała pod budynek
dyrekcji, by stamtąd ewakuować pierwszych rannych i wezwać innych
lekarzy.
- Pani doktor przyszła do nas z własnej inicjatywy, by pomóc - mówi
dziś wzruszony Stanisław Płatek, górnik postrzelony w czasie pacyfikacji.
Przez wiele lat Urszula Wenda była lekarzem zakładowym Wojewódzkiej
Przychodni Górniczej. Zjeżdżała na dół kopalni z aparatem tlenowym,
gdy był tam pożar, albo gdy wystąpił zawał. 16 grudnia 1981 roku
nie pracowała już jako lekarz zakładowy. Nie miała też dyżuru w
miejskiej stacji pogotowia. Od rana była w pracy w pobliskiej przychodni
lekarskiej w Katowicach Ligocie.
- Telefony nie działały, lekarz z pogotowia rozpoczynał pracę dopiero
po południu, uznałam więc, że muszą pójść do kopalni, gdyż na pewno
będą potrzebowali pomocy - mówi dziś pani doktor.
Kopalnia była otoczona. Karetka jechała bez sygnału, żeby nie zwracać
na siebie uwagi i zatrzymała się między dwoma czołgami. Gdy doktor
Wenda weszła do budynku dyrekcji kopalni, usłyszała pretensje zniecierpliwionych
rannych: "Kiedy trzeba, to was nigdy nie ma".
- Nikomu nic nie tłumaczyłam, nie było na to czasu. Przy pomocy
krótkofalówki wezwałam następne karetki - wspomina pani doktor.
Gdy ewakuowała wszystkich rannych, poszła do ambulatorium, które
znajdowało się na terenie kopalni. Tam był już lekarz i opatrywał
rannych. Leżeli na podłodze obok ciał zastrzelonych górników.
- Kończyły się środki opatrunkowe, środki przeciwbólowe, więc krótkofalówką
połączyłam się z moim kierownikiem pogotowia Markiem Sawickim i
chwilę później przywiózł nam kilka worków.
Nie znała ani rannych, ani zastrzelonych górników. Nie pobiegła
do nich z pomocą z jakichś osobistych powodów. Uważała, że tak po
prostu trzeba. Nie zastanawiała się też, co będzie potem i czy to
może się dla niej źle skończyć.
- Co oni mi mogą zrobić? Najwyżej zamknąć. Tak sobie to wytłumaczyłam
- mówi pani doktor. - Dzieci były już dorosłe, wnuki pozostawały
pod opieką mojej mamy.
Był moment trwogi, gdy stanęła przy zburzonym przez czołg murze
kopalni. Pielęgniarka i sanitariusz woleli zostać w tyle, sama musiała
podejść do milicjantów, żeby pozwolili karetkom wjechać do środka
kopalni po najciężej rannych.
Kto tu dowodzi?! zawołała i sama przestraszyła się swojego głosu.
Otoczyli ją zomowcy, zgłosił się oficer.
- Tłumaczę temu oficerowi, że chcę wjechać karetkami, a on na to:
"Proszę bardzo" - wspomina pani doktor. - Nie wykorzystacie
tej sytuacji, nie wejdziecie za karetkami na teren kopalni, dociekałam.
"Proszę wjechać, nie wejdziemy. Daje pani moje słowo"
- zapewnił.
Górnicy jednak nie dowierzali milicjantom, zmobilizowali siły i
wynosili rannych do bramy kopalni, skąd zabierali ich lekarze.
Ciała zastrzelonych górników przeniesiono do stacji ratownictwa
górniczego, w której na prędce stworzono kostnicę. Krzyż z prętów
metalowych ukuli górnicy w kopalnianej kuźni.
Z "Solidarnością" Urszula Wenda związana jest od początku.
Wiedziała, że w "Wujku" jest strajk okupacyjny, mieszka
po sąsiedzku. Poza tym do przychodni przychodzili górnicy, prosząc
ją o zwolnienie lekarskie. Bali się konsekwencji tego protestu i
pod pozorem "choroby", zamierzali uniknąć strajku.
- Nikomu z nich takiego zwolnienia nie dałam. Mogli z kopalni wyjść
dobrowolnie, jeśli nie chcieli się solidaryzować ze strajkującymi,
a nie chować się za zwolnienie lekarskie. Nikt ich tam na siłę nie
trzymał - mówi pani doktor.
Urszula Wenda urodziła się w Katowicach, dokąd przyjechał jej ojciec,
starszy sierżant 73. Pułku Piechoty. W czasie okupacji wstąpił do
AK, za co w marcu 1944 roku trafił do Oświęcimia. Został rozstrzelany
tuż przed wyzwoleniem. Matka samotnie wychowywała córkę w duchu
miłości i autorytetu ojca.
Doktor Wenda nadal pracuje w tej samej przychodni w Katowicach Ligocie.
- To już czwarte pokolenie moich pacjentów. Przeżywam z nimi każdą
chorobę, każdy zgon. Oni są jak moja rodzina - mówi.
Postać doktor Urszuli Wendy znakomicie zagrała w filmie Kazimierza
Kutza "Śmierć jak kromka chleba" Teresa Budzisz-Krzyżanowska.
Obie panie spędziły na planie filmu cały dzień. - Ujęła mnie swoją
skromnością, naturalnością, a ja byłam bardzo przejęta - mówiła
aktorka.
Do kolejnego spotkania w Katowicach doszło z okazji przyznania pani
doktor nagrody "W imię człowieczeństwa" im. bpa Jana Chrapka.
Laudację na cześć człowieczeństwa Urszuli Wendy wygłosiła właśnie
Teresa Budzisz-Krzyżanowska.
|