|
 |
|
|
|
HITMAN, scen: Garth Ennis, rys. John McCrea, 148 str., kolor, wyd.
Mandragora, Wrocław 2002, cena: 29,90 zł.
Ennisowskiej propagandy ciąg dalszy. Pierwsza
część tego albumu związana jest z cross-over, które w 1993 roku
nawiedziło serie wydawnictwa DC. "Bloodlines", bo o nim
mowa, opowiadało o paskudnych mątwach z kosmosu, których przysmakiem
jest ludzki szpik. Ennis uznał to za pozytywne okoliczności do stworzenia
nowej postaci, bynajmniej nie superbohaterskiej, choć równie dzielnej
i bardziej brutalnej. Postacią tą jest Tommy Monaghan, który zaatakowany
przez stwory zyskuje nadprzyrodzone moce. Zadziorny, brutalny cyngiel
własną serię dostał dopiero w 1996 roku. To głównie w związku z
tym album wydany przez Mandragorę jest nierówny. Po przesadzonej,
pstrokatej i zdecydowanie wpisującej się w kanon głupiutkich komiksów
o gościach w obcisłych gatkach części pierwszej, mamy znakomitą
drugą. Jest tu wszystko, za co Ennis zbiera zasłużone brawa, a czego
brakowało w tandetnym "Pielgrzymie" wydanym pół roku temu:
napięcie, świetny humor sytuacyjny, bezkompromisowe sytuacje oraz
łamanie amerykańskich kultów komiksowych (zlecenie na Jokera? Kto
by na to wpadł? Albo Batman obrzygany przez Tommy'ego. Trzeba mieć
jaja żeby obrzygać Nietoperza). Przy okazji Ennis przedstawia nam
postać superbohatera od kuchni: pokazuje jak go widzą ludzie, cytuje
nam ich gadki (Stowarzyszenie Sprawiedliwości, hehe). Wszystko to
obleczone rysunkiem znośnym, choć nie perfekcyjnym. Rozrywka na
wysokim poziomie. (lucek)
Komiks ten pierwotnie ukazywał się w różnych
seriach, niemniej jego bohater okazał się na tyle nośny, iż doczekał
się własnej (w tym i kompilacji wcześniejszych epizodów rozrzuconych
tu i ówdzie). Wszystko to opublikowała realizujące nieco "dziwniejsze
pomysły" dla "dojrzałego czytelnika" mutacja DC Vertigo.
Tommy Monagham to cyngiel do wynajęcia działający w Gotham City
- ale nie jakiś sznurek, którego może sobie sprawić każdy. Otóż
Tommy specjalizuje się w kontraktach na obywateli obdarzonych supermocami.
Wszystko to dzięki temu, że po ataku pewnego dziwacznego osobnika
("Jam jest Glonth"), Tommy nie dość, iż nie wiedzieć czemu,
przeżył to starcie - ale i został obdarzony pewnymi przypadłościami,
które znacznie ułatwiają mu pracę (wykazał się przy tym dużą dozą
zdrowego rozsądku i "nie wpadł mu do głowy prosty pomysł wykupienia
całego zapasu strojów z pianki elastycznej przed wyruszeniem na
zbawienie świata" [cyt. z przedmowy Steve'a Dillona]. Jedyna
zmianą jaką wprowadził nasz bohater w swoje życie po tym brzemiennym
w skutki wydarzeniu było przybranie nowej ksywki - "Hitman".
Cóż jeszcze odróżnia Hitmana od kolegów po fachu; otóż Tommy kieruje
się swoistym kodeksem etycznym i zabija tylko tych "złych"(zarówno
tych obdarzonych supermocami, jak i tych zwyczajnie złych). Dobrzy
wychodzą ze starć z Hitmanem raczej obronną ręką; wszak drobne obrażenia
łatwo się goją.
Ponoć żeby docenić w pełni klasę tego komiksu, trzeba mieć niezłą
orientację w seriach dotyczących JLA (nie zaliczam się do takowych,
więc aby przybliżyć temat czytelnikowi, zacytuję [po raz kolejny!]
kolegę z ekipy "Produktu": "Hitman to taka parodia
serii o superbohaterach". Zawartość tego albumu częściowo nawiązuje
do tej opinii: bardzo przypadły mi do serca spotkania Hitmana z
Batmanem. Sądzę, iż komiks ten będzie się podobał czytelnikom wielbiącym
nieco odjechane klimaty - wrażenie robi ujawniające się co rusz
zamiłowanie scenarzysty do czarnego humoru. Mniej zachwyca mnie
strona graficzna, zwłaszcza w pierwszej opowieści, chociaż dalej
John McCrea zmienił nieco styl rysowania i jest już lepiej (aczkolwiek
to kwestia indywidualnego gustu, ktoś inny może być zachwycony cały
czas). Tradycyjnie chwalę Mandragorę za sposób wydania tego komiksu
(ponieważ zdaje się, że ta oficyna stworzyła tę jakość edycji dla
siebie jako normę, przy kolejnych tytułach już tego nie będę robił),
dodatkowe wyrazy uznania za przekład (wiersze Etrigana i grepsy
Hitmana ). (jacP)
|
|