O SUPERBOHATERACH W KOMIKSIE I NIE TYLKO
Po bardzo długiej przerwie wracamy do publikowania
materiałów publicystycznych dotyczących komiksów. Zaczynamy to
nowe otwarcie tekstem autora wiele lat temu goszczącego już na
łamach papierowego AQQ. Tym razem powraca na łamy internetowe
naszej strony. Coż, czasy się zmieniły i świat pędzi wciąż do
przodu. Zapraszamy więc do podróży przez epoki w towarzystwie
superbohaterów.
Jest super, więc o co ci chodzi?
O superbohaterach - w komiksie i nie tylko
Kiedyś - na przykład w starożytnej Grecji
- wszystko było jasne, nawet jeżeli skomplikowane. Bogowie mieli
rodziny (zupełnie jak państwo Sofoklesowie z przeciwka), kłócili
się (zupełnie jak ta Ksantypa z Sokratesem, co to mieszkają koło
agory), zdradzali (zupełnie jak...), a kiedy robili to z kobietami
śmiertelnymi, najczęściej rodzili się herosi. Ci to ale potrafili
dać czadu! Jeden dusił centaury (ja bym, chłopie, nie potrafił!),
inny wykradał ogień i przez to został poszkodowany na wątrobie,
cała kupa wybrała się na jumę do Kolchidy, słowem, było o czym
opowiadać. Opowiadali głównie aojdowie, z tym, że na bogów zasadniczo
monopol mieli kapłani, a i sami bogowie potrafili dać do zrozumienia,
że nie podoba im się jakieś ujęcie tematu - a to pacnęli z pioruna,
a to statek zatopili, a to odchrząknęli Wezuwiuszem. Opowiadanie
o bogach i herosach miało swoje reguły, włącznie z ustalonymi
epitetami, zastrzeżonymi trademarkiem dla poszczególnych postaci
(Gromowładny? Zeus. Różanopalca? Eos, czyli jutrzenka. Guantanamera?
Tarira.)
Z czasem Europa zmieniła mitologię i religię
z panteonu greckiego na rzymski, a następnie przeszła z politeizmu
na monoteizm, przynajmniej w założeniu, ponieważ Bóg chrześcijański
na dzień dobry był w trzech osobach, z czasem doszedł kult maryjny
i kult świętych. Ci mieli swoje ustalone atrybuty i związane ze
sposobem kanonizacji przedstawienia (zupełnie jak... ). Do świętych
doszlusowali też rycerze, bohaterscy, religijni i zawsze wierni
Bogu i swojemu władcy, których ideałem był Święty Jerzy ze smokiem
pod spodem. Powoli wykształciły się również formy oddawania czci
- modlitwy, litanie, psalmy, a z bardziej rozbudowanych - moralitety,
misteria i msze. Kodyfikacja i ustalone formy miały ścisły związek
z dostępnymi mediami - przekazem ustnym, ręcznie pisanymi (przepisywanymi)
księgami i - najbardziej czasochłonnymi, ale i najbardziej trwałymi
- dziełami sztuk plastycznych, obrazami i rzeźbami.
Aliści przyszedł pan Gutenberg z Moguncji
ze swoją prasą drukarską, a razem z nim - reformacja. - Paszli
mie won z tym średniowieczem - powiedziała ówczesna inteligencja
i zaczęła parodiować, czerpać ze starożytności i generalnie wyzwalać
się ze skostniałych form. W efekcie tego wyzwalania świętych pustelników
i niekoniecznie świętych, ale równie cnotliwych rycerzy zastąpili
Gargantua i Pantagruel, którzy potrafili pojeść, beknąć, pierdnąć
i pochędożyć. Rozmiarami przewyższali zwykłych ludzi, z przeciwnikami
rozprawiali się skutecznie, żeby na końcu szczęśliwie powrócić
do domu.
W XVIII wieku do gry wszedł racjonalizm,
a w XIX - pozytywizm. Wszelkie nadnaturalne zjawiska okazały się
knowaniami starego hrabiego Baskerville'a, z którymi Sherlock
Holmes rozprawiał się dedukcją, fajką i rewolwerem, ale głównie
dedukcją, drogi Watsonie. Spryt i naturalne zdolności były również
cechami, które pozwalały działać bohaterom o podwójnej tożsamości,
zamaskowanym bojownikom o wolność lub arystokrację, jak nieco
późniejsi od Sherlocka Zorro i Scarlet za przeproszeniem Pimpernel.
I tak dochodzimy do wieku XX, wieku technologii i technokracji,
który stworzył własnych świętych, zamaskowanych i niezwykłych
- superbohaterów.
Lata trzydzieste, czas po Wielkim Kryzysie,
stworzyły własnych bohaterów, którym klika z Wall Street i inni
multimilionerzy mogli nafikać. Superman, tak daleki, jak tylko
można, od ziemskich matactw, bo przecież z innej planety, niedługo
potem Batman, no ja przepraszam, ten akurat właśnie millioner,
ale naprawiający rzeczywistość. Obaj (super)bohaterowie spotykali
się w crossoverach i zazwyczaj ze sobą współpracowali, a w zasadzie
uzupełniali się - gadżety i inteligencja Batmana oraz moce Supermana
były superbatem na cało zło tego świata.
Ale póki co - opowieści o superbohaterach
(przede wszystkim w formie cyklicznych i pojedynczych komiksów)
rosły, komplikowały się, traciły czarno-biały charakter. Pojawiły
się grupy i społeczności "innych" - Liga Sprawiedliwych,
Fantastyczna Czwórka i X-men, obdarzeni supermocami mutanci, walczący
nie tylko z niechętnymi ludźmi, ale także z innymi, nieprzyjaznymi
mutantami, wrogami z kosmosu - wybierzcie sobie oprycha, a oni
zaraz się zjawią, żeby go tak czy inaczej załatwić.
Powoli superbohaterowie jako osobniki bez
skazy, sans peur et reproche, zaczęli się publiczności nudzić.
I tak na przykład Spiderman wzmocnił swoje siły, ale i nieźle
narozrabiał, kiedy opanował go kosmiczny symbiont Venom. Z kolei
"Watchmen" Alana Moore'a to opowieść, w której superbohaterowie
w imię "wyższych wartości" godzą się na spisek przeciwko
(?) ludzkości - albo giną. Wymieniwszy tego autora, nie sposób
nie zauważyć jego fundamentalnego wkładu w steampunk i znakomitej
"Ligi Niezwykłych Dżentelmenów", crossoveru łączącego
superbohaterów o tyle nietypowych, że dziewiętnastowiecznych,
pióra autorów takich jak Verne, Wells, Stevenson, Ridder Haggard,
działających w fantastycznych realiach fin de siecle'u. Ale to
tak na marginesie.
Przez cały "złoty wiek" za superbohaterami
wlókł się bagaż ideologii. W czasie II wojny światowej Superman
namawiał do kupna obligacji, finansujących wydatki zbrojeniowe,
z kolei Kapitan Ameryka powstał jako patriotyczna odpowiedź na
knowania złowrogiej nazistowskiej siatki szpiegowskiej, kierowanej
przez obrzydliwego Red Skulla. Dość późno, bo w 1992, w uniwersum
X-men pojawił się Omega Red - sowiecka odpowiedź na Kapitana Amerykę
i w ogóle ucieleśnione zło. Ideologia nie ominęła także i Polski
- pamiętacie flashową gierkę "Super Tusk" z 2005 r.?
Od superbohatera do premiera - czyż to nie degradacja!
Początek XXI wieku to dla superbohaterów
trudny czas. Znudzona publisia żąda ciągle nowych bodźców. Jedni
herosi muszą więc na gwałt wracać z emerytury (film "Iniemamocni"
- dla dzieci, ale z drugim dnem), innym się to nie udaje (śmierć
Kapitana Ameryki i to od strzału zwykłego snajpera!). Tymczasem
ideologia drąży od swojej strony - i oto mamy proces podobny do
zachodzących w starożytnym Rzymie, gdzie cesarze zostawali względnie
niedługo po śmierci ubóstwieni. Albo i nawet za życia.
Piję tu do komiksu "Hitler vs. Stalin",
autorstwa Aleksieja Lipatowa *). Obaj panowie pokazani są jako
superbohaterowie, przy czym Stalin kreowany jest na postać pozytywną
(!). Sceny treningu młodego Dżugaszwilego pod okiem mistrza -
Lenina jako żywo przypominają lekcje Luke'a Skywalkera u Yody.
Z kolei demoniczny Adolf ze stworzonym własnoręcznie monstrualnym
Otto Skorzennym kończy tak, jak na to zasłużył. Niewątpliwie komiks
ten powstał na fali tych samych sentymentów, które każą niektórym
Rosjanom negować lub omijać milczeniem niewygodne tematy (takie
jak Katyń), a gloryfikować ZSRR - potężny, rażący wrogów supermocami,
uosabiany przez silnego przywódcę. Ten komiks jest wg mnie dowodem
na obecność i potęgę mitu, powstałego ponad pół wieku temu.
"Zwykli" superbohaterowie chyba
naprawdę znudzili się komiksowym twórcom, jeżeli sięgają do nielicznych
już w naszej kulturze sacrum. Niezależnie od dotychczasowych filmowych
czy popularnych przedstawień Chrystusa nikt jeszcze nie zrobił
z jego postacią tego, co autorzy komiksu "Jesus Christ: In
The Name Of The Gun" **). Osnową komiksu jest całkowite zaprzeczenie
ideologii Chrystusa, który zamiast nadstawiania drugiego policzka
postanawia zostać mścicielem. Przy tym komiks ten nie używa żartobliwej
konwencji stripów z cyklu Sinfest ***) ani też poważnej - jak
powieści Jacka Piekary z cyklu o Mordimerze Madderdinie. Nie,
tutaj Chrystus jest samotnym bojownikiem (aż się boję użyć tego
słowa - terrorystą? "bękartem wojny" z filmu Tarantino?),
walczącym ze złem... bardzo niekonwencjonalnie. Opisane w Ewangeliach
cuda (chodzenie po wodzie, rozmnażanie chleba, czy wskrzeszanie
zmarłych) zostały potraktowane jako przykłady "supermocy".
Nie wiem, czy ma to być równowaga dla ideologii wojujących islamistów,
czy tylko pretekst do opowiedzenia sensacyjnej fabuły, ale obsceniczne
motywy, nadające motywowi najwyższego poświęcenia wulgarną otoczkę
("cena" wskrzeszania, mordercze "i jedzcie z tego
wszyscy") są wg mnie w najwyższym stopniu niesmaczne. Czy
to tylko pogoń za popularnością?
Nasuwa się więc pytanie: Jakie będą dalsze
losy superbohaterów? Efekty komputerowe pozwalają przenieść na
kinowy ekran prawie wszystko, co ludzka wyobraźnia jest w stanie
wymyślić, więc Hollywood nie pozwoli superbohaterom zgasnąć. Nawet
jeżeli "oryginalni" bohaterowie umierają, ich kostium
i supertożsamość przejmują uczniowie - le roi est mort, vive le
roi! Z drugiej strony -nie zdziwiłbym się, gdyby za kilkaset lat
na ołtarzach pojawili się Św. Clark Kent i Bł. Bruce Wayne. Pół
miliona obywateli z krajów anglosaskich już od paru ładnych lat
deklaruje się jako wyznawcy religii Jedi ****). I tak historia
wydaje się zataczać krąg.
(quackie)
Pierwotna wersja tego tekstu została opublikowana
w portalu niereglamentowanym: www.kontrowersje.net
________
*) wersja oryginalna - rosyjska - http://www.comics.aha.ru/rus/stalin/
i polska http://www.hejhops.terramail.pl/hitvssta/29.html
**) http://www.badkarmaproductions.com/jc/?p=35
***) http://www.sinfest.net
****) http://en.wikipedia.org/wiki/Jedi_Church
|