MEDIUM PRZYSZŁOŚCI
Z Krzysztofem Gawronkiewiczem o rysowaniu komiksów rozmawia Stefan Drajewski
- W Polsce komiks ma zabarwienie pejoratywne. Mówiąc, że coś jest komiksowe, myślimy gorsze, bardziej pospolite, uproszczone...
- Zgadzam się, ma to swoje korzenie w latach 70., kiedy w naszym kraju ukazywało się mnóstwo komiksów. Komiks pochodzi z Ameryki, regionu wówczas niekochanego. Ale paradoksalnie okazało się, że ten gatunek wypowiedzi jest niesamowitym nośnikiem propagandy. Twórcy komiksów nieźle funkcjonowali. W tamtych czasach nie mieliśmy jednak okazji konfrontacji z prawdziwymi i wszystkimi komiksami amerykańskimi. Wreszcie te najciekawsze artystycznie komiksy powstawać zaczęły w latach 80. i 90. Pierwsze komiksy były bardzo uproszczonymi historyjkami, miały zabarwienie rozrywkowe.
- Komiks ambitny, do którego zaliczyłbym "Achtung Zelig", nawiązuje właśnie
do tego nurtu artystycznego.
- Chciałbym, aby tak było. Komiks to jedyne medium, jakie przyszło do nas z Zachodu
i po '89 roku nie przyjęło się. Dopiero od niedawna obserwujemy wielkie zainteresowanie
komiksem artystycznym.
- W "Achtung Zelig" wraca pan do czasów holocaustu. Jak zareagowali na
pańską wizję ci, którzy ten czas przeżyli osobiście?
- Nie wiem. Pokazałem mój album dziadkowi. Obejrzał go, powiedział: wnuczku,
bardzo ładnie rysujesz, ujął go jakiś karabin i nic. Myślę, że komiks nie jest
tą formą, która mogłaby zainteresować tamto pokolenie. Pierwszym symptomem, że
komiks jest dobrze odbierany przez krytykę, są reakcje w prasie. Redaktor "Midrasza" wyraził
się, że czeka na kolejne albumy. Uznał, że takie pokazywanie holocaustu, surrealistyczne,
jeszcze wzmaga powagę tego tematu.
- Być może komiks jest obecnie jedynym sposobem na mówienie o wojnie, jedynym
kanałem porozumienia z młodym pokoleniem...
- Tego typu wizualizacja, jaką jest komiks, na pewno trafia do wyobraźni młodych
ludzi. Widziałem, że bardzo młodzi ludzie kupowali nasz album.
- Komiks jest do czytania, czy do oglądania?
- Komiks powinno się i oglądać, i czytać. Ograniczenia, jakie narzuca forma komiksu,
są jego siłą. Autor ma przed sobą papier, ołówek lub piórko i dwa wymiary. Otwiera
nieograniczone możliwości. I może dlatego największe sukcesy odnoszą ci, którzy
na co dzień się nie zajmują komiksem tym masowym, komercyjnym. Niedawno ukazał
się komiks, do którego scenariusz napisał sam Fellini.
-
Kto jest autorem komiksu: scenarzysta czy rysownik?
- W moim przypadku jest tak, że współpracuję z przyjaciółmi. Każdy z nas jest
arbitrem dla drugiej osoby. Ja rysuję, a scenarzysta jest pierwszym odbiorca,
zwykłym czytelnikiem, który wyraża swoje wątpliwości. I na odwrót, czasami doradzam
temu, który pisze teksty.
- "Achtung Zelig" choć powstał w oparciu o scenariusz autorski, kojarzy
mi się z filmem Woody Allena.
- Miło mi.
- Wasz komiks może zainteresować również czytelnika poza Polską.
- Z pewnością. I na to liczę, czego nie ukrywam. Aczkolwiek wystarczy uważnie
spojrzeć na okładkę, by odczytać polskie akcenty.
- Nie korci pana, aby przełożyć na komiks jakąś powieść współczesną, która mówiłaby
coś ciekawego o Polsce, o tym, co się dzieje tu i teraz?
- W szkole średniej czytałem lektury i zastanawiałem się, jak je narysować. Najbardziej
bliski byłem adaptacji prozy Kafki i Schulza. Najpełniej jednak widziałem w formie
komiksu "Balladynę" Słowackiego. Ale nie zrealizowałem tego pomysłu, bo kilkanaście
lat temu zobaczyłem spektakl teatralny i nie widziałem już sensu robienia tego.
- Każdy rysunek trzeba narysować ręką?
- Wszystkie dymki trzeba wyrysować, każdą ramkę, nawet słowa się wpisuje ręcznie.