| |
|
"W KOMIKS NIKT NIE UWIERZY"
- ROZMOWA Z GRZEGORZEM ROSIŃSKIM
Komiks historyczny w Polsce kwitnie. Pojawiają
się coraz to nowe tytuły inspirowane potrzebą serca, ale też
koniunkturą polityczną. Czy zatem stanowi on współczesną formę
edukacji, upowszechniania wiedzy o naszych dziejach, czy też
nawrót do traktowania tego medium instrumentalnie, jako tuby
propagandowej, rodem z PRL? O fenomenie popularności i zainteresowania
komiksem historycznym dyskutują Grzegorz Rosiński, Witold Tkaczyk
i Tomasz Nowak.
Witold Tkaczyk:
Co sądzi pan o popularnym w Polsce nurcie komiksu historycznego?
Grzegorz Rosiński:
Zastanawiam się w ogóle nad samą zasadnością używania komiksów
do takich "słusznych" celów. Widzę tutaj te same mechanizmy,
jakie działały za komuny, kiedy myśmy robili takie komiksy.
To, co mnie dziwi, to fakt, że teraz wszytko się powtarza. Dla
mnie to są tematy tak samo "słuszne" i tak samo zaangażowane
jak "Dziewięciu z nieba" ("Relax", 1976
- przyp. red.). Kiedy patrzę na te komiksy, obecnie wydawane
i porównuję je z "Relaksem", to dla mnie jedno i to
samo. Pomijam nawet kryterium słuszności - czy wówczas była
to idea słuszna czy jest teraz. Już sam fakt "słusznej
idei", obojętnie w jakiej sprawie, mierzi mnie. Dlatego
właśnie uciekłem z "Relaksu". Zmieniła się władza,
ale myślenie pozostało takie samo. Też używa komiksu do propagandy.
A żadna władza nie stosuje propagandy negatywnej, tylko pozytywną.
Tomasz Nowak:
No, chyba jest jednak pewna różnica?
GR: Jaka?
TN: Teraz
możemy powiedzieć, co myślimy.
GR: Doprawdy?
Sądzicie, że kiedy autor rysuje takie rzeczy, to naprawdę robi
to, co chce? Ma narzucony temat i formułę. Mówi mu się ponadto,
że dzięki temu komiks osiągnie wielki nakład. A on wolałby sobie,
być może, porysować kosmitów, jakieś fajne dziewuchy, albo inne
śmieszne historie...
WT: Do tego
musi znaleźć inny projekt.
GR: No właśnie!
Wówczas było tak samo. Można było robić to, co można było.
WT: Po prostu,
na pewne przedsięwzięcia są pieniądze, są budżety, a na inne
nie.
GR: A skąd
są te budżety? To wciąż te sam mechanizmy.
WT: Ja jednak
uważam, że mechanizmy zmieniły się, aczkolwiek kierunek myślenia
jest chyba istotnie podobny.
TN: No i
samych kierunków jest więcej. Nie ma jednego, słusznego.
GR: Obecnie
panuje jedna opcja polityczna, potem będzie inna. Ale cały czas
to jest to samo: "To jest nasza prawda historyczna i trzeba
ją ładować w każdej formie - komiksów, kreskówek i tym podobnych".
To nie są media, które się do tego nadają. Przecież mamy znakomity
dokument. On powinien się rozwijać. Zyskał uznanie na świecie,
a jeśli nie będzie rozwijał się w dalszym ciągu, to uznanie
straci. Jeśli będziemy dalej uprawiać martyrologię, nic nie
zyskamy. To nikogo nie obchodzi.
TN: Z tego,
co mówił Pan w wywiadach, wnioskuję, że za granicą, pojawiają
się podobne problemy?
Grzegorz
Rosiński (w środku) w towarzystwie redaktorów AQQ - Tomasza Nowaka
(po prawej) i Witolda Tkaczyka (po lewej) Fot. Tomasz Nowak archiwum
GR: Niezupełnie.
Tam w ogóle rzadko pojawiają się takie "opowieści wuja
Paula". Chociaż była kiedyś seria, opisująca historię wynalazków,
autentyczne wydarzenia przerabiane na komiks... Ja mogę powiedzieć
tylko, że tego nie popieram. To chyba taki polski fenomen. W
takim ujęciu komiksu brakuje mi jego "czwartego wymiaru"
- wyobraźni.
TN: W ubiegłym
roku na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu powiedział Pan, że
komiks francuski jest zaangażowany generalnie po lewej stronie
sceny politycznej. I to widać w tonie, w wyrażanych w nim poglądach.
One też są doktrynerskie, sprzedają konkretne idee, niezależnie
czy przybrane w formę science fiction czy fantasy.
GR: Komiks
zawsze przeciwstawia się totalitaryzmom. Szukałem w Hiszpanii,
w Barcelonie tamtejszych wspaniałych rysowników, ale okazało
się, że oni uciekli w czasach reżimu Franco -do Argentyny czy
gdzie indziej. Uciekli, bowiem jedyne komiksy powstające w krajach
totalitarnych to komiksy zaangażowane propagandowo - bez względu
na to czy to faszyzm, nazizm czy nasz "blok wschodni".
Nie jesteśmy krajem totalitarnym i nie wiem po co my to ciągle
tłuczemy. Chodzi o to, żeby wyzwalać fantazję, pozwalać ludziom
śnić. A ludzie nie bardzo chcą śnić o tematach historycznych.
To takie moje osobiste zdanko, ale mogę się totalnie mylić.
TN: A jednak
ci sami ludzie chcą czytać takie właśnie komiksy.
GR: Na pewno?
WT: Skoro
je kupują...
GR: Przy
stosunkowo małej liczbie tytułów na naszym rynku, ludzie kupują
wszystko, co jest komiksem. To też tak jak kiedyś, gdy wyłapywano
wręcz takie tytuły jak "Przygoda".
TN: Oj, trudno się z tym zgodzić.
Obecnie ukazuje się pewnie ze trzysta nowych tytułów rocznie.
Ciężko, zatem mówić o braku wyboru. Ponadto komiks nie jest
tani i obecnie nie ma mowy o "kupowaniu wszystkiego".
WT: Tak,
niełatwo wprowadzić i sprzedać nowy tytuł.
GR: Cena...
Też od wielu lat toczę walkę o to, aby komiks był tani, aby
korzystać z taniego papieru. Tak, żeby dało się go przeczytać
i wyrzucić do kubła, a potem recyklingować.
WT: To taki
japoński styl edytorstwa.
GR: Może,
ale to też moje osobiste zdanie. I o to walczę na Zachodzie.
Może Japończycy mają większe doświadczenie w tym zakresie...
Dla mnie tworzenie komiksu jest niczym akt stworzenia. Za darmo
można wymyślić sobie świat, stwarzać ludzi, tchnąć w nich życie.
Do tego wstawić wymyślone przedmioty. Moim zdaniem ta sztuka
daje ogromne możliwości poprzez materializowanie wyobraźni,
tworzenie mitów. W komiksie można pomieścić wszystko - psychologię
i jej tak zwaną głębię, opisy przyrody. I to wszystko przez
rysunek - po to, żeby pomarzyć. A w tych wszystkich historiach,
które są oparte na faktach nie marzy się. Tam wali się gotowy
temat - tak było. Mało tego, komiks nie jest jak książką, gdzie
można powyobrażać sobie własne obrazy, potworzyć. To innego
rodzaju medium. Narzuca pewien obraz - tak było, i cześć! Potem
przyjdzie kto inny i powie: "Nie, to nie tak było".
I komu wierzyć? Temu czy tamtemu? A w tym wszystkim nie ma zupełnie
miejsca na marzenia. Ale powtarzam, to moje prywatne zdanie
i mogę się mylić
WT: Tu będę
się spierać. Komiks jest silnym medium, skierowanym do specyficznego
adresata. To często ludzie, którzy rozpoczynają dorosłe życie
i nie sięgają po prace naukowe. Ich nudzi publicystyka. A filmów
popularnonaukowych na te tematy powstaje wciąż bardzo mało i
to właśnie za sprawą rozmaitych rozgrywek politycznych, w których
fakty traktuje się instrumentalnie.
GR: Ale
fakty są faktami! I obojętnie, jakie chciejstwo za tym stoi,
faktów się nie zmieni. Fakty zaistniały. Są. Obiektywne. Można
mieć na ich temat różne zdania czy opinie, ale fakt pozostaje
faktem. Dlatego komiks będzie zawsze interpretacją, artystycznym
przetworzniem faktów. A wszelkie przetwarzanie faktów nie podoba
mi się.
WT: No,
a czytelnik? Wydać można dziś wszystko, ale zwraca się uwagę
na to, co odbiorca o tym myśli. Media są zainteresowanie tematem
historii, a czytelnik, zorientowany w niej lepiej lub gorzej,
jest, wydaje się, usatysfakcjonowany.
GR: Pokazuję
taki komiks czytelnikowi i pytam: "Co o tym sądzisz?",
a on mówi: "Super!". Ale pokazuje obok, na przykład,
takiego Neila Gaimana i co wówczas? Bo jeśli wybierze komiks
historyczny, to znaczy, że ja mylę się kompletnie.
WT: To jest
pewna propozycja. Aktualnie można przecież, dowoli, sięgnąć
po fantastykę czy komiks humorystyczny.
GR: Fantastyki
osobiście nie lubię, bo kiedy facet nie ma pomysłu, sięga od
razu po jakiś magiczny miecz, czy coś w tym rodzaju. Dlatego
tak wielu ludzi za nią chwyta - z każdej sytuacji można wyjść
magią, albo czarodziejską różdżką. Jestem za komiksami, które
są konstruowane jak dobra książka. Musi być dobry pomysł, szkielet,
narracja; książka, która stwarza możliwość działania wyobraźnią.
WT: Czyli,
jak mówiliśmy, w odróżnieniu od PRL-u, dziś czytelnik ma wybór.
Ale przecież nawet wówczas, w "Relaksie" pojawiały
się prace wartościowe. Coś się działo...
GR: W PRL-u
nic się nie działo! W tamtych czasach nikt nie mógł nic prywatnie
wydać, ani puścić do kiosków. Nie znam takiego przypadku. Jeśli
kto za coś płacił, to chciał za swoje pieniądze dostać konkretnie
to, czego oczekuje. Nikt nie szastał forsą - macie, weźcie i
rysujcie sobie ufoludki, opowiadajcie bajeczki. Nie! Teraz można
to robić. Co wolicie - słuszny zaangażowany komiks czy śnić
o innych planetach? O to trzeba spytać odbiorcę. To jest rynek
i samoregulacja.
TN: No,
ale pytaniem do czytelnika jest właśnie oferta tytułów, które
się ukazują
Grzegorz Rosiński przygląda się okładkom komiksów wydawnictwa Zin Zin Press.
Fot. Tomasz Nowak
GR: Hm...
Myślę, że to wszystko bierze się stąd, ze jesteśmy przepolitykowani,
Wszystko jest polityczne i to o wiele bardziej niż w poprzednim
systemie, który teraz uznaje się za "upolityczniony".
Ja przeżyłem w nim czterdzieści lat i byłem z tym wszystkim
bardzo blisko. Zasadą było: "trzeba przywalić naszą jedyną,
słuszną ideą, słuszną sprawą". Tak to wygląda z mojego
punktu widzenia - faceta, którym całe życie próbowano manipulować.
Dlatego wyjechałem z "nieprzyjemnością" z tego kraju.
Po prostu byłem zmuszony, choć nigdzie się nie wybierałem. Podobnie
jak wielu moich kolegów.
WT: Artysta
nigdy nie działa w próżni, Jego twórczość zawsze ma kontekst,
on ma kolegów...
GR: Tak,
a ci, którzy nam płacą uważają nas za idiotów. Myślą, że jak
płacą to mogą od nas wymagać wszystkiego. Niektórzy młodzi autorzy
idą na taki układ. Ja też zresztą, w pewnym sensie, poszedłem.
Były to historie wojenne. Wówczas chciałem nauczyć się rysować
powrócić do tego, co fascynowało mnie jeszcze przed liceum plastycznym,
a co wykorzenili mi w liceum, potem w akademii i różnych wydawnictwach,
gdzie pracowałem nie robiąc komiksu. A wszystko po to, aby móc
go potrenować kreskę czy rysunek. Guzik obchodziły mnie treści
polityczne czy inne. Nie namawiałem nikogo do gwałtów czy zbrodni.
A teraz naciska się, aby takie treści pojawiały się koniecznie.
To pewien paradoks. Obecnie mówi się, ze to była "znienawidzona
propaganda polityczna", a tam nikt nikogo nachalnie nie
namawiał, nie wpychał dziwki do łóżka. To, co aktualnie jest
powszechne - obrzydliwe, wulgarne - tego wtedy nie było. A,
że żołnierze walczyli i mieli gwiazdy na hełmach? No, bo mieli!
TN: Z naszego
punktu widzenia dzisiejszy komiks historyczny to trochę takie
"odzyskiwanie utraconej pamięci"...
GR: Ale
nie przy użyciu komiksu! Jeśli chce się zrobić "komiks
prawdy", o historii prawdziwej, to po co rysować? Przecież
są zdjęcia czy dokumenty...
TN: Nie
wszystko zostało w pełni udokumentowane. Nie wszystko sfotografowane...
GR: No dobrze,
wówczas braki można wypełnić rysunkami. A tak? Przecież wiele
obrazów w komiksach historycznych rysuje się ze zdjęć. Zatem
może zamiast rysować, po prostu pokazać te zdjęcia? Można je
od biedy trochę "zgrafizować". Często zastanawiam
się nad potrzebą działań artystycznych, które same w sobie poddają
w wątpliwość prawdę historyczną. Przecież rysunek to kłamstwo!
Tak jak rzeźba, malarstwo, literatura. To jest kłamstwo, ale
szlachetne, bo daje nam przyjemność odbiorcy, koloryzuje rzeczywistość.
TN: Dokładnie!
Tak więc czy można lekceważyć to, że czytelnik sięgając po taki
komiks odczuwa przyjemność?
GR: Historia
ma wartość, jeśli tchnie autentyzmem. Rysunek zawsze będzie
fałszywy. Powinien pojawiać się tylko tam, gdzie nie było fotografa.
Ale dziś fotograf jest przy wszystkim. Fotografia jest wszechobecna.
WT: Kilka
lat temu powstał komiks o Westerplatte, który ukazywał zupełnie
inny przebieg wydarzeń...
GR: Nikt
nie uwierzy w komiks, bo komiks jest medium wyobraźni. Sam fakt
rysowania już o tym przesądza. Gdyby jakiś uczestnik walk o
Westerplatte sam narysował komiks, to może... Obraz jest czymś
zupełnie innym, niż słowa pisane i to już fałszuje prawdę.
Komiks zawsze był mi szalenie bliski i całe życie walczyłem,
żeby uniknąć tych tak zwanych "słusznych" treści,
komiksu "zaangażowanego". Gdyby nie było innych mediów,
tak dalece skutecznych, to owszem. Ale one są - lepsze, mocniejsze,
niż komiks
WT: Lubię
oglądać filmy o historii...
GR: Właśnie!
W filmie zatraca się poczucie tego, że to jest film. Dobry historyczny
film wojenny ogląda się jak dokument. A jeśli dodatkowo pojawiają
się tam postaci autentyczne, wplecione w fabułę, to już zupełnie
fascynująca sprawa.
TN: A czym
taki film różni się od komiksu historycznego?
GR: W filmie
pojawia się fabuła, stworzona specjalnie opowieść.
TN: Ale
w komiksach historycznych jest często podobnie...
GR: A, to
dobrze! Ja nie mówię tu o konkretnych tytułach, tylko o pewnym
zjawisku, fenomenie. Sam spotykam się ciągle z kolejnymi propozycjami,
a to żeby zrobić komiks o Powstaniu Warszawskim, a to o Powstaniu
w Getcie. Ostatnio pojawił się taki projekt u Castermana związany
z książkami Marra Haltera - cześć z nich ukazała się także w
Polsce - o dziejach narodu żydowskiego. A ja chętnie namalowałbym
cykl pięćdziesięciu obrazów historycznych osadzonych w dziejach
Europy, lecz nie chciałbym robić komiksu na ten temat, bo byłby
zbyt mocno osadzony w faktach.
Ja wiem, ze to jest w jakiś sposób fascynujące. Bardzo lubię
rysować ruiny i ciągle chodzi mi po głowie druga wojna światowa.
Z tym, że ja potraktowałbym ją tak jak "Zemstę hrabiego
Skarbka" - wymieszanie fikcji z faktami przez dodanie historii
nieprawdopodobnej na tle historycznym. Czytelnik traci wówczas
poczucie rzeczywistości. To fajna gimnastyka, ale opowieści
w tym klimacie nie można zrobić, na przykład, o Powstaniu w
Getcie.
WT: Skoro
pojawił się wątek hrabiego Skarbka, to ciekawi mnie czy zainteresowałby
Pana fabularnie, do zilustrowania, jakiś wątek napoleoński,
np. historia romansu Napoleona i pani Walewskiej?
GR: Nie,
gdyż, jak wspomniałem, tam nie miejsca na fikcję. To jest historia.
Chętnie namalowałbym parę obrazów na ten temat, ale nie opowiedziałbym
historii. Namalowałbym po swojemu, oczywiście.
WT: Osobiście
uważam, że komiks historyczny to kwestia zainteresowań. Sam
bardzo się nią interesuję.
GR: Ależ,
proszę mnie dobrze zrozumieć. Mnie to się podoba (przeglądając
"1956: Poznański Czerwiec" - przyp. red.), to jest
świetnie zrobione, graficznie wspaniałe. Znakomity rysunek,
dynamika stron... Z drugiej strony zawsze byłem bardzo zaangażowany
na rzecz wolności tego, co robię.
WT: Dziękujemy
za rozmowę
Zdjęcia wykonano podczas MFKiG 2009 w Łodzi |